W Las Vegas trwają targi CES. Nikon zapowiedział, że wkrótce zapowie nową lustrzankę D4s, Lexar pokazał nowe karty, Sigma pokazała nowe obiektywy, Fuji zapowiedziało czarną XsetkęS, a Sony przedstawiło nowego bezlusterkowca…

Targi mają to do siebie, że ich wiele w ciągu roku. Z tych które nas interesują, część jest typowo fotograficzna, a inne (tak jak CES) mają bardziej ogólny zakres. Na targach wiadomo – każdy producent stara się przedstawić z jak najlepszej strony. Sprzęt taki nowy, wow, innowacje bardzo, uszanowanko dla klientów*.

No i ogólnie nie byłoby w tym nic złego – w końcu to dobrze, że coś się dzieje, że producenci szukają nowych rozwiązań, że dobry sprzęt relatywnie tanieje.

Niestety pojawia się jeden mały zgrzyt. Otóż z tak jak po poniedziałku pojawia się wtorek (chciałem napisać „po jesieni pojawia się zima”, ale wyjrzałem przez okno), tak i po targach nieuchronnie na wszelkich forach foto następuje wysyp pytań o wymianę sprzętu. Sam również po CESie, czy po innej Photokinie wiem, że szybko zacznę dostawać maile z powtarzającym się „czy warto teraz zmienić x na y, czy lepiej poczekać na z?”

Najwyraźniej cała masa ludzi tkwi w świętym przekonaniu, że gdy tylko Nikon lub Canon ogłoszą nowy model lustrzanki z ich półki cenowej, to dokładnie w tym samym momencie ich poprzednie body przestaje robić dobre zdjęcia. No dosłownie – wczoraj podczas sesji wszystko szło genialnie, zdjęcia nieomal same się robiły (szczególnie jeśli w użyciu było zielone AUTO), a dzisiaj Nikon ogłosił nowego DX+1xx, albo DXxxs i piijiii, bziuuu! wszystko diabli wzięli. W cieniach to już jednak szumy, autofocus w ciemnej stodole czasem nie trafia, kolory jakieś nie te, a w ogóle to gdybym miał ten nowszy aparat, do dopiero mógłbym robić dobre zdjęcia.

Naprawdę nie musicie brać udziału w tym wyścigu. Wymiana sprzętu co kilka generacji w zupełności wystarczy. Na początkach cyfrowej rewolucji (tak powiedzmy 10 lat temu) postęp pomiędzy poszczególnymi generacjami był faktycznie niesamowity i widoczny na pierwszy rzut oka w jakości zdjęć. W chwili obecnej te różnice są już naprawdę minimalne, a przynajmniej wielokrotnie mniejsze, niż sugerowałaby to maszyna marketingowa. Oczywiście to nie musi od razu oznaczać, że producenci chcą nas nabić w butelkę. Firmy istnieją w określonych warunkach rynkowych i muszą same brać udział w wyścigu, ponieważ jeśli odpuszczą, to po paru miesiącach analitycy zaczną snuć domysły o „problemach producenta”. A konkurencja tylko na to czeka.

Czy zwiększenie użytecznego ISO z 1600 na 2000 zmieni Twoją fotografię makro? Czy 1 klatka na sekundę więcej przyda Ci się w fotografii produktowej? A może nowy procesor obrazu przemieni Twoje portrety?

Zanim dasz się złapać, dobrze się zastanów, czego brakuje Ci w obecnym aparacie. Bo jeśli odpowiedź brzmi – czasu na robienie zdjęć, albo pomysłów na ciekawe sesje… to może nie tędy droga?



Jeśli zainteresował Cię się ten wpis, to poleć go swoim znajomym!