Jedna z czytelniczek Futomaki.pl zapytała mnie niedawno, jak radzić sobie przechowywaniem zdjęć podczas dłuższych wypraw fotograficznych.

Jest to dość ważny problem, bo karty pamięci mają jak wiadomo ograniczoną pojemność, a okazji do zrobienia świetnych zdjęć może być wiele. Dla każdego sprawa ta będzie wyglądała inaczej – niektórzy potrafią zrobić 2000 zdjęć podczas jednego wieczoru, inni będą potrzebowali tygodnia lub więcej, żeby zapełnić jedną kartę pamięci. Dla potrzeb tego artykułu umówmy się, że robimy tyle zdjęć lub wyprawa jest tak długa, że pojemność karty nie wystarczy. Zakładam również, że nie będzie możliwe skorzystanie z kawiarenki internetowej, gdzie można by było zgrać zdjęcia na płyty lub przenośny dysk twardy.

Mówiąc o przechowywaniu zdjęć podczas wyprawy trzeba również pamiętać o ich bezpieczeństwie. Co z tego, że znajdziemy świetny i tani sposób, aby przechować 5000 zdjęć, jeśli po powrocie okaże się, że je wszystkie straciliśmy w wyniku jakichś problemów technicznych? Moim zdaniem warto mieć zawsze przynajmniej dwie kopie zdjęć podczas takich wypraw.

Pierwsza metoda

cf

Zacznijmy od najprostszego rozwiązania i do pewnego momentu – najtańszego.

Jeśli nie robimy zbyt dużej ilości zdjęć, to najprawdopodobniej wystarczy zaopatrzyć się w jedną lub dwie dodatkowe karty pamięci. Ceny takich kart dość szybko spadają i dziś w dość rozsądnej cenie można już dostać np. karty SD o pojemności 8 gigabajtów. W zależności od rozdzielczości naszego aparatu, na takiej karcie powinno nam się zmieścić około 500-700 zdjęć w formacie RAW, albo około dwa razy więcej zdjęć w formacie JPEG. Czyli trzy takie karty powinny nam pozwolić na wykonanie powiedzmy prawie 2000 zdjęć.

Jeśli taka ilość zdjęć jest dla nas satysfakcjonująca, to z całą pewnością jest to najkorzystniejsze finansowo rozwiązanie. Jednak co z bezpieczeństwem? Karty potrafią nagle wyzionąć ducha. Zdarza się to bardzo rzadko (np. mnie nie zdarzyło się to jeszcze nigdy, odpukać), ale jeśli już tak się stanie, to musimy liczyć się z utratą wielu zdjęć. Może się również zdarzyć, że karta wprawdzie będzie sprawna i po późniejszym sformatowaniu będzie działać, ale coś jej się pomiesza i nasze zapisane zdjęcia będą pełne uszkodzeń lub nie dadzą się odczytać. Dlatego warto zastanowić się nad stosowaniem kart o mniejszej pojemności. Jest to wprawdzie mniej opłacalne finansowo i może nieco mniej wygodne (trzeba częściej zmieniać karty), ale na dłuższą metę da nam nieco spokoju ducha.

Używając tej metody obywamy się bez żadnych dodatkowych urządzeń, ale musimy pogodzić się z pewnym ryzykiem – mamy tylko jedną kopię naszych zdjęć.

Druga metoda

epson

Oczywiście rozwiązanie z dodatkowymi kartami jest wygodne tylko do pewnego momentu. Jeśli mamy zamiar robić naprawdę dużo zdjęć, to warto zastanowić się nad jakimś bankiem danych. Bank danych, to nic innego jak twardy dysk wyposażony w akumulator i nieco dodatkowej elektroniki, która obsługuje wbudowany czytnik kart i wyświetlacz LCD. Wprawdzie na rynku dostępne są tanie banki danych pozbawione wyświetlacza, ale strzeżcie się ich jak ognia. Nie dają one żadnej możliwości sprawdzenia, czy nasze dane rzeczywiście trafiły na dysk, czy też przepadły gdzieś podczas kopiowania.

Za najlepsze uważane są banki danych firmy Epson, ale można znaleźć urządzenia wielu różnych producentów. Z dużą ostrożnością podchodziłbym do niezwykle korzystnych ofert na Allegro. Wiele sprzedawanych tam banków, to urządzenia bez twardego dysku, który trzeba kupić osobno. Ma to swoje zalety, bo można kupić dysk o pojemności dopasowanej do naszych potrzeb, ale trzeba przyznać, że sprzedawcy zwykle piszą o tym zadziwiająco małą czcionką…

Jeśli chodzi o bezpieczeństwo danych na takim banku, to możemy tu stosować dwie strategie. Z jednej strony możemy używać banku jako jedynego miejsca przechowywania zdjęć, czyli zgrywać zapełnioną kartę, sprawdzać czy wszystko ok. i kasować jej zawartość. Rozwiązujemy w ten sposób problem przechowywania zdjęć, ale nie zwiększamy ich bezpieczeństwa. Można nawet powiedzieć, że są one bardziej zagrożone, bo wszystkie znajdują się w jednym urządzeniu, a nie na wielu kartach – a to urządzenie może się zepsuć, zgubić lub zostać skradzione.

Druga strategia, znacznie kosztowniejsza, to połączenie rozwiązania z dużą ilością kart pamięci i rozwiązania z bankiem danych. Czyli zdjęcia robimy na wiele kart, których nie kasujemy, a jednocześnie na bieżąco zgrywamy kopie zapasowe na bank danych.

Przyznam szczerze, że nie jestem zwolennikiem banków danych. Są to urządzenia dość ograniczone i zazwyczaj o stosunkowo małej pojemności. Problematyczne bywa również przeglądanie plików RAW. Dlatego chciałbym zaproponować trzecią metodę przechowywania zdjęć podczas dłuższych wypraw.

Trzecia metoda

msi

Ta trzecia metoda to zakup jednego z popularnych ostatnio netbooków. Są to bardzo małe i bardzo lekkie komputerki, które nie powinny zbytnio obciążyć żadnego bagażu. Często mają one wbudowane gniazda najczęściej spotykanych kart pamięci (znajdziecie je na przykład w MSI Wind), co pozwala zrezygnować z pakowania dodatkowego czytnika. Kolejną zaletą takiego rozwiązania jest jego ekonomiczność. Netbooka z dyskiem twardym o pojemności 160GB dostaniemy już za około 1500 zł. To połowa ceny, którą trzeba by było zapłacić za porównywalny bank danych Epsona. Ponieważ jest to zwykły komputer, odpadają również problemy z obsługą plików RAW nowych aparatów – na aktualizację oprogramowania można liczyć dużo bardziej, niż na to, że producent wypuści nowy firmware do np. dwuletniego modelu banku danych.

Jeśli chcemy zwiększyć bezpieczeństwo naszych danych, to możemy dokupić do takiego netbooka zewnętrzny dysk USB i na nim przechowywać kopię zapasową naszych zdjęć. To pozwoli nam ograniczyć się do np. dwóch kart pamięci, netbooka i małego dysku USB.

Moim zdaniem to najwygodniejsze i najbardziej ekonomiczne rozwiązanie (jeśli robimy dużo zdjęć).

A jakie jest wasze zdanie w tej sprawie?



Jeśli zainteresował Cię się ten wpis, to poleć go swoim znajomym!

  • Mój wybór? Dowolne dwie z listy.

  • Jeszcze jeden klamot do ukradzenia,że tak powiem. Osobiście jestem za rozdrobnieniem danych. Dużo kart o małej poemności(max do 4giga) rozmieszczonych w różnych dziwnych miejscach.
    Najlepiej je mieć przy sobie, po kieszeniach zasuwanych na suwak, ale w wodoodpornej kurtce. Jeśli jednak robi się nieprzyjemnie deszczowo(i nie ufamy naszej kurtce)doskonałym opakowaniem na karty jest zużyte opakowanie po kliszy analogowej, takie plastikowe. Prawdziwy fotograf musiał choć raz wyżyć się na kliszy i jeśli nie był na tyle głupi by do wywoływania oddać kliszę w pudełku-to ma spory zapas tych pojemniczków. Są wodoszczelne, sprawdzałam i mieszczą sporo kart, przy okazji są dobrym ochraniaczem na uszkodzenia mechaniczne :)

  • @lavinka: ciekawa metoda, ale jakoś nie mogę zmieścić CF do tego pojemniczka :P

  • Ja stosuję metodę trzecią, tzn. zgrywam zdjęcia na laptopa. Metoda wydaje się najlepsza w przypadku, gdy tak jak ja mam jedno miejsce noclegowe i z niego jeżdżę na fotografowanie okolic (odpada potrzeba wożenia ze sobą laptopa co zmniejsza szansę kradzieży – o czym wspomniała lavinka).

  • Może nie do końca rozumiem zastosowane tutaj słowo wyprawa i dlatego nie przypadł mi do gustu końcowy wybór. Właśnie wróciłem z wyprawy rowerowej (http://norwegia.gtwertep.org) gdzie robiłem bardzo dużo zdjęć i zdawałem sobie sprawę, że napotkam na problem przechowywania fotek.

    Zastosowałem rozszerzone rozwiązanie drugie. Zabrałem tani fotobank z allegro i kilka dodatkowych kart pożyczonych od znajomych. W ten sposób miąłem 80 GB na fotobanku i 12 GB w kartach. Dopóki było to możliwe przechowywałem zdjęcia na kartach i w banku, a gdy zabrakło mi miejsca zacząłem od kasowania kart z miejsc, które były dla mnie mniej ważne.

    W połowie wyjazdu udało mi się zgrać wszystkie dotychczas zrobione zdjęcia na komputer zaprzyjaźnionego Norwega zabezpieczając w ten sposób moje dotychczasowe fotografie. Mogłem wyczyścić wszystkie karty i znów przechowywać fotki w dwóch miejscach. Przywiozłem 33GB.

    Rozwiązaniem jest też co jakiś czas wypalenie płyty w punktach fotograficznych.

    Rozwiązanie z laptopem nie podoba mi się, ponieważ jest to znacznie większy ciężar. Do tego rzuca się w oczy i moim zdaniem łatwiej skusić kogoś do kradzieży niż mały fotobank, który leży podczas zgrywania sobie w plecaku i nikt go nie musi widzieć. Nie wzrasta też bezpieczeństwo danych o czym nie wiem czemu nie wspomniałeś. Przecież w laptopie jest taki sam dysk jak w fotobanku i jeśli myślimy o magazynowaniu zdjęć to w jednym i drugim rozwiązaniu warto wymienić ten element najrzadziej co 3 lata.

    Mój punkt widzenia wynika ze specyfiki wyjazdów. Bardzo liczy sie dla mnie waga. Nie mam też czasu i możliwości na przegladanie zdjęć w innym momencie niż zaraz po jego wykonaniu na aparacie. Gdybym jechał samochodem i miał możliwość ładowania akumulatorów to skorzystałbym również z laptopa z dodatkowym dyskiem twardym na USB. Wtedy liczba kart pamięci spada praktycznie do minimum.

  • @Michał

    W „moim” trzecim rozwiązaniu mówiłem o netbooku, a nie o laptopie. W przeciwieństwie do laptopów, netbooki ważą nawet poniżej jednego kilograma i są również znacznie mniejsze od nawet małych laptopów.

    Co do wzrostu bezpieczeństwa względem fotobanku, to pamiętaj o tym, że do netbooka można w prosty sposób podłączyć mały dysk USB (o praktycznie pomijalnej wadze i wymiarach), uzyskując w ten sposób dodatkową kopię danych. W przypadku banku danych nie ma takiej możliwości (chyba, że pojawiły się już jakieś nowe modele z taką opcją, jeśli tak, to proszę o info).

  • Użyłem słowa laptop, ale miałem cały czas w myśli netbooka, o którym wspominasz. No cóż, w moich warunkach to i tak za dużo. Netbook z dyskiem 2,5″ waży około 1,2-1,4kg to tyle samo co statyw, który miałem ze sobą. Z tych dwóch rzeczy statyw wydaje mi się znacznie bardziej przydatny. Jeśli mówimy o dodatkowym dysku USB to fajne rozwiązanie, ale waży prawie tyle co fotobank więc to już wogle jak dla mnie wagowo jest nieopłacalne. Z drugiej strony można się zastanowić. Ile taki wyjazd trwa i ile zdjęć się rzeczywiście robi.

    Podałeś liczbę 2000. ja to podzielę. Powiedzmy 1000 na dzień.Jeśli ktoś robi tyle fotek to w zasadzie można powiedzieć, że się nie porusza i siedzi w jakimś obszarze trzaskając fotki, a za chwilę będzie w pokoju hotelowym. W tym momencie nie netook, laptop i wszystkie inne dodatki są jak najbardziej ok.

    To w sumie sprawa bardzo indywidualna. Dla mnie ważniejsze były części zapasowe i statyw, bo jechałem sam i bez tego utknąłbym gdzieś bez żadnej pomocy i nie miałbym żadnej sensownej fotki. Dla mnie moje rozwiązanie było najlepsze.

    Nie wiem czy bierzesz to pod uwagę, ale większość użytkowników lustrzanek (nawet tych mających pojęcie o podstawach fotografii) nadal używa JPEG. Na pewno używają go Wszyscy, kótrzy po prostu kupili D40 bo był tani i za bardzo się nie interesują cała resztą. Dla nich żadne z tych rozwiązań nie jest sensowne. Wystarczą im na kazdy wyjazd 2 karty 4GB. Jedyn co mogli by kupić to etui na płyty DVD lub pudełka (takie jak na filmy). Są bezpieczni za naprawdę małe pieniądze. Zresztą Netbooka już pewnie mają ;)

  • @Michał

    Rzeczywiście trzeba przyznać, że Twoja sytuacja jest dość specyficzna – tam rzeczywiście liczy sie każdy dekagram.

    Jeśli jednak mówimy o wyprawach typowo fotograficznych, to zazwyczaj kilogramy (choć oczywiście istotne) nie są aż tak krytyczne. Ważne natomiast staje się bezpieczeństwo zdjęć (w końcu to one były celem wyprawy), których zapewne będzie naprawdę dużo. Dlatego moim zdaniem zestaw netbook+dodatkowy dysk na backup, będzie optymalnym rozwiązaniem (cenowo i wagowo). Oczywiście można by pomyśleć o dwóch fotobankach, ale to znacznie większy wydatek i moim zdaniem mniej uniwersalne rozwiązanie (z przyczyn, które wymieniłem w artykule).

    Co do użytkowników lustrzanek podstawowych, typu D40, to oczywiście zgadzam się z Tobą, że pewnie używają oni nadal jpegów. To właśnie oni będą najczęściej korzystać z pierwszej z opisanych przeze mnie metod. Zakup porządnego fotobanku lub netbooka pod kątem zastosowań fotograficznych, to jednak konkretna inwestycja, która w tych przypadkach przekraczałaby zapewne cenę samej lustrzanki. Myślę, że możemy spokojnie założyć, że użytkownicy podstawowych lustrzanek nie będą planowali takiego wydatku.

  • Jako zwykły fotopstrykacz, nie posiadający nawet najprostszej lustrzanki, w czasie swoich wypadów fotograficznych stosuję metodę nr 1.
    Choć dla mnie większym problemem, nie jest kwestia przechowania zdjęć, co zapewnienie rezerwy ‚energetycznej’ dla aparatu. Mój trochę lepszy fotopstryk, ma dziwną tendencję do pożerania dużej ilości energii z akumulatorków i nawet na nieco dłuższy spacer po mieście czy wycieczkę krajoznawczą muszę zabierać dodatkową rezerwę.

  • tak naprawdę jak coś ma się zepsuć to choćby było na 3 nośnikach to padnie ;)

  • @Szymon: Jak stracisz najważniejsze dla siebie zdjęcia przez to że nie starałeś się tego uniknąć to zrozumiesz, ze to złe podejście.

  • Robię na każdym wyjeździe sporo zdjęć. Ponieważ raczej operuje ze stałej bazy więc nie ma problemu z codziennym zgrywaniem zdjęć na laptopa, dodatkową kopię robię na małym dysku przenośnym 2.5″, a po powrocie do domu zdjęcia trafiają na dysk backupowy. Poza tym dysponuję pięcioma kartami 2 GB.

    Jeśli wiem, że będę zmuszony przez dłuższy czas obywać się bez komputera do plecaka dodatkowo dorzucam dyski CF jako, że mój aparat oferuje możliwość kopiowania z karty na CF bez potrzeby posiadania dodatkowo sprzętu.

    Pozdrawiam

  • Fajna funkcja. Które aparaty tak mają?

  • Olympus E-450 i E-620, więc chyba cała seria E ma taką opcję.

  • krystian

    Jest jeszcze jedna ciekawa metoda.
    Mozna sobie kupic [albo uzyc starego jak sie ma] dysk z laptopa 2,5″, wsadzić go w kieszeń obsługującą technologię OnTheGo i… tyle. Podpinamy kabelkiem pod aparat [no wymagana jest możliwość zgrywania z aparatu przez usb], naciskamy guzik i… się kopiuje.

  • Witam

    Ja mam inny problem, którego rozwiązaniem może być foto bank.
    Korzystam z linuxa i 2 razy zdarzyło mi się przypadkiem usunąć zaznaczone na karcie zdjęcia zamiast folderu z pulpitu. Oczywiście niepotrzebnie usuwałem z shiftem ale stało się. Linux jest dziwny.
    Dlatego ja myślę o rozwiązaniu w postaci fotobanku, żeby zanim podłącze karte do komputera, mieć już zrobioną kopie.

    pozdrawiam